piątek, 28 lutego 2014

ROZDZIAŁ PIĄTY

Położyłam różę na tylnym siedzeniu FordaMustanaga i usiadłam koło Ericka. Czy on wie o stołówce? Jeśli tak to jest świetnym aktorem. Podjechaliśmy pod dom, ale brama była zamknięta. Wstukałam pin do tabletu przy okazji wyjaśniając Erickowi, że nie ma jeszcze w domu Ascanio ale za kilka minut powinien wrócić. Zaprosiłam go do kuchni i spytałam czy chce coś do picia. Wyraźnie był skrępowany, więc przejęłam inicjatywę i zrobiłam popcorn, nalałam nam soku z pomarańczy i zaprowadziłam do mojego pokoju na piętrze.
-Idę się przebrać, za 15 minut wracam.- powiedziałam i wyjęłam z szafy krótkie hawajskie spodenki i białą koszulę. – Rozgość się.
-Mogę obejrzeć album.- wskazał na komodę.
-Eeee… no wiesz…- zawahałam się, ale przecież nie zje mi tych zdjęć, a być może co zrozumie.-No dobrze tylko proszę uważaj na album.
-W porządku, dziękuję.
Weszłam do łazienki i zaczęłam się rozbierać, umyłam się szybko i ubrałam, kiedy wyszłam Erick oglądał jeszcze moje zdjęcia. Siedział w fotelu, nogę miał założoną na kolano i kciukiem gładził dolną wargę. Odchrząknęłam, spojrzał na mnie  z uśmiechem i zabrał się do dalszego oglądania.
-Kim jest ten chłopak z tobą na plaży?
-Hmmm… to Blaise, chłopak mojej przyjaciółki Scharlotty. – wskazałam na filigranową brunetkę całującą mój policzek.- To są chyba moje urodziny.
-A ta kobieta?- pokazał zdjęcie na molo z moją mamą, ona w stroju kąpielowym, a ja owinięta chustą  z ogromnym kapeluszem zgiętym z boku do którego przytulała się mama.
-To moja mama, Ewelina. Pracuje w sądzie koronnym w Anglii, to są moje drugie urodziny z nią.
-A które?
-Szesnaste, a to… –wskazałam na zdjęcie obok.- Jest Absalon. Widzisz jak patrzy na Scharlottę?
-Zakochany?
-Raczej wkurzony, zabrałyśmy jego spodnie z przymierzalni i powiesiłyśmy na drzewie niedaleko plaży dla nudystów.
-Podłe…- zaśmiał się Erick. – O zaczyna się wesołe miasteczko. Gdzie to było?
-Niech się zastanowię… hmmm…. Chyba w Alton Tower Resort. Tydzień po moich urodzinach.
-A ten chłopak?
-To Gideon, mój były chłopak.
-Były ?!
-No wiesz… ja jestem tu, on tam. Kilometry i… - zawahałam się, Erick to wyczuł. Odłożył album i popatrzył na mnie.
-Co ty tu robisz, Rozalindo?- zapytał.
-To znaczy?!- zaskoczona jego pytaniem uniosłam głos.
-Jesteś czystej krwi Angielką. Lądujesz w Nowym Orleanie w szkole artystycznej, nie najlepszej, ale dobrej, chociaż kilka kilometrów od twojego domu, willi, znajduje się elitarna szkoła dla takich osób jak ty. Proszę, wytłumacz mi co się stało? Możesz mi zaufać, nie jestem jak wszyscy.- zbliżył się do mnie na łóżku, a ja drgnęłam od ciepła jego ciała niedaleko mnie. Odsunął się, ale dalej wpatrywał się we mnie.
-To długa historia i nie jest przyjemna.
-Mam czas.- nalegał z uśmiechem.
-Od końca czerwca tego roku chodzę do terapeuty, psychologa. Nazywa się dr Claudia Perez, pomaga mi w przezwyciężeniu nerwicy i… - wzięłam głęboki oddech.- …i zaprzestaniu autoagresji.
Erick spojrzał na mnie z wytrzeszczonymi oczami. Jego wzrok powędrował na moje ramiona zasłonięte białą koszulą.
-Ja… czasami mam ataki, które przerażają moich rodziców. Przestaję oddychać… po prostu zapominam jak to się robi, czasami drapię się do krwi, nie czuję bólu w takich sytuacjach, więc zmusza, się do poczucia jakiegokolwiek bodźca. Dr Claudia przeprowadziła się z nami do Francji, spotykam się z nią raz w tygodniu, zwykle jest to środa lub czwartek po lekcjach.
-Czy ty… zawsze tak byłaś? To znaczy… zawsze to sobie robiłaś?
-Nie. Jak zaczęłam ci mówić, zaczęło się to w czerwcu tego roku…- zasłoniłam twarz dłońmi i powiedziałam cicho.- Jeśli chcesz wyjść, zrozumię…
Kiedy rozchyliłam palce on nadal siedział koło mnie, kąciki jego ust uniosły się i przechylił głowę.
-Dlaczego ?- zapytał –Dlaczego to sobie robisz?
-Ja… nie mogę ci tego powiedzieć.
-Okej, rozumiem. Może następnym razem, ale odpowiesz mi jeszcze na jedno pytanie?
-Jakie?- spytałam łagodnie.
-Jak daleko, gdzie jeszcze to sobie robisz?
Schyliłam głowę i wstałam z łóżka, nie byłam pewna czy mogę mu aż na tyle zaufać, ale jeśli Ascanio go lubi to znaczy, że może ja też powinnam. Odwróciłam się do niego i zaczęłam rozpinać koszulę. Kiedy zrzuciłam ją z siebie, miałam tylko czarny biustonosz z zamkiem i ćwiekami rozchodzącymi się ze środka na boki. Odsłoniłam blizny na ramionach, klatce piersiowej brzuchu i nieco niżej pępka. Erick wyprostował się gwałtownie i odwrócił wzrok. O nie…! Wystraszyłam go. Wiedziałam, że tak się to skończy. Schyliłam się po koszulę i założyłam ją szybko zapinając się pod samą szyję.
-Przepraszam. Nie chciałam cię przestraszyć.
-Rozalindo…- powiedział łagodnie i wstał z łóżka.- Możesz być pewna, że nikomu o tym nie powiem, a plotki  na twój temat w szkole, są podłe i ten który je wymyśla powinien się modlić, żebym go nie znalazł, bo jeśli tak się stanie, zduszę te plotki w zarodku, niezależnie od ich wielkości.
-Erick, zrozumiem jeśli będziesz chciał teraz wyjść, lub nie odzywać się do mnie. Nie musisz udawać. Ja…
-Nie udaję Rozalinda, teraz już wiem, nie do końca rozumiem, ale wiem. Jeśli mogę chcę ci pomóc, jeśli chcesz… oczywiście.  
Podeszłam do niego i wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Chciałam dotknąć jego policzka, ale jeszcze nie dałam rady. Może już nigdy to się nie stanie. Podałam mu album, wziął go chętnie i zaczął oglądać zdjęcia. Wypytywał o moich przyjaciół z Anglii. Pokazałam mu zdjęcia z Absalonem na szkolnym korytarzu, zdjęcia z Scharlotą w moim dawnym pokoju, kilka wspólnych zdjęć całej naszej paczki na koncercie Madonny, kiedy jestem pochłonięta pocałunkiem Blaise’go i wiele, wiele innych. Na końcu albumu było moje zdjęcie z wymalowaną twarzą, pół czarna, pół biała, posyłającą całusa fotografowi, a pod nim zdjęcie Ericka z podpisem „KAWOWY PRZYPADEK”. Zaśmiał się i odłożył album na półkę. Zatrzymał się na chwilę przy oknie i patrzył w przestrzeń.
-Dziękuję za różę, wygląda pięknie w moim pokoju.
-Pasowałaby bardziej biała lub niebieska.
-Nie, czerwona jest piękna.
W tej samej chwili usłyszeliśmy głos Ascanio, zawiadomił nas, że jest na dole i za chwile wejdzie na górę. Uśmiechnęłam się do Erica, założyłam kosmyk białych włosów za ucho. Nie mogłam oderwać od niego wzroku i wtedy zadzwonił mój telefon. Erick machnął ręką i wyszedł z mojego pokoju.
JA: Halo?
S: Co się z tobą działo, kobieto??
JA: Mnie też miło cię słyszeć.
S: Kara, nie wiem co ty zrobiłaś, ale z Gideonem jest coraz gorzej.
Zerwałam się z łóżka.
JA: Co się dzieje?!
S: Zaczął pić i bierze w żyłę częściej niż to robił. W nocy budzą go koszmary i krzyczy, że to jego wina, że odeszłaś.
JA: Nie to nie o to chodzi, to nie jest jego wina. Muszę po prostu zacząć nowe życie, tu we Francji, a stare w Anglii porzucić.
S: Mnie i Blaise’go też, oboje się o ciebie martwimy. Absalon wychodzi z siebie, zęby dowiedzieć się gdzie zniknęłaś, Lucke czeka na wiadomości od ciebie. Twoja matka jest praktycznie co tydzień w Anglii, a ciebie  nie ma. Myślisz nie zastanawia to ludzi, ja już dłużej nie mogę.
JA: Scharlotta ja naprawdę nie mogę sobie teraz pozwolić na kontakty z Anglią. Kocham was, bardzo was kocham, obiecuję, że wyślę do was wszystkich listy ze zdjęciami.
S: Nie chodzi mi o naszą paczkę, my mamy siebie i świadomość, że tam gdzie jesteś, jesteś bezpieczna. Chodzi o Gideona który jest załamany i coraz to bardziej się stacza. Za chwilę to on będzie potrzebował sesji z panią Claudią, a nie ty.
JA: Nie oceniaj mnie. Wiesz, że ucieczka to było jedyne wyjście. Nie chciałam, rodzice nalegali, ale nie żałuję. Dopóki Chris jest na wolności ja nie mogę spać spokojnie, a w Anglii nie wychodziłabym z pokoju, chociaż pewnie nawet w nim nie czułabym się bezpiecznie.
S: Kara, nie mogę dłużej rozmawiać. Zadzwonię do ciebie jeszcze w tym tygodniu. Na razie.
Nie spytała nawet czy miałam ataki, chyba zaczynam tracić przyjaciół. Łzy napłynęły mi do oczu kolejne dwa kroki w tył.  Muszę coś wymyślić. Kocham Gideona, nie mogę pozwolić, żeby sobie coś zrobił z mojego pieprzonego powodu. „Gideon i Rozalinda” tak przedstawiali nas znajomi, „ZAWSZE I NA ZAWSZE… RAZEM”.

                                                 
FORD MUSTANG 
                                                               

czwartek, 27 lutego 2014

ROZDZIAŁ CZWARTY

W domu czekali już na mnie rozwścieczeni rodzice i Ascanio. Nie chodziło im o to, że urwałam się ze szkoły, tylko o to, że nie odbierałam. Ostatecznie skończyło się na areszcie domowym, tydzień miałam siedzieć w domu, a Ascanio nie odzywał się do mnie słowem przez pierwsze dwa dni. Później wytłumaczył mi, że przestraszył się jak usłyszał wydarzenie w stołówce od Ericka.
-Bałem się, że coś sobie zrobisz, albo będziesz miała atak…
-Ascanio, stało się coś… coś dobrego.
-To znaczy?!
-Na pchlim targu spotkałam chłopaka, przedstawił się jako Richard Christper…
-Chris… czy nic się nie stało jak usłyszałaś jego imię?
-Nie, Ascanio. Nic. Spanikowałam, ale to tylko tyle.- sama zastanawiałam się o co chodzi, ale zrozumiałam, że zrobiłam nie jeden, a dwa kroki do przodu. Wyprzedziłam nieco swoją granicę jednego kroku, ale boję się i ten strach nie pozwala mi zasnąć, że następnym razem zrobię cztery kroki w tył.
*****
Przez cały tydzień, dzień w dzień, po lekcjach przychodził Erick. Nie chciałam z nim rozmawiać, więc zadania i notatki z zeszytów, które skopiował od moich znajomych z klasy do której chodzę, przesyłał mi przez Ascanio. Siedzieli godzinami w jego pokoju i grali w gry komputerowe, brat tłumaczył mu coś związanego z aparatami, lub czasami słyszałam jak ktoś gra na gitarze. W sobotę byłam już bardziej pewna siebie, ale i tak nie zeszłam na obiad czy śniadanie. Około południa usłyszałam pukanie do drzwi, nie odezwałam się, ale po chwili po drugiej stronie drzwi usłyszałam głos Ericka. Niechętnie zgodziłam się, żeby wszedł. Ubrany był jak zwykle nienagannie, włosy miał zaczesane do tyłu, a na luźnym T-shircie zawieszone były okulary przeciw słoneczne. W ręku trzymał białą teczkę z napisem ZADANIA. Niepewnym głosem spytał czy może usiąść. Wskazałam mu sofę po drugiej stronie pokoju dalej się do niego nie odzywając.
-Cześć…- powiedział łagodnie. Nie odezwałam się.- Posłuchaj, ja… naprawdę przepraszam cię z moich przyjaciół…
-Fajnych masz przyjaciół.- powiedziałam ironicznie. Odetchnął z … ulgą???
-Nie potrafią do końca zachować się w … innym towarzystwie niż to do którego należą.
-Towarzystwa bogatych bałwanów i frajerów, którzy biorą narkotyki, tną się i pieprzą w każdym kącie, niezależnie jakiego pomieszczenia?! Hmmm…!? W takim towarzystwie nie potrafią się zachować. Wyobraź sobie, że mimo to, że mój ojciec jest bogaty, a matka jeszcze bardziej, to nie jestem taka jak inni. Nigdy nic nie osiągnęłam dzięki ojcu, chodziłam do publicznej szkoły, a potem przeprowadziłam się tutaj. Nienawidzę jak ktoś myśli, że jestem nadętą dziwką, która szuka odskoczni od swojej „normalności”. NIE!!! Do jasnej cholery, nie. Twój kolega Miles, zrobił coś, czego nie powinien nigdy robić, a ja nie powinnam nigdy na to pozwolić.
-Chodzi o te plotki na twój temat…
-Jakie?- warknęłam.
-Że się tniesz, że próbowałaś się zabić i że dalej to robisz!- krzyknął.-Przepraszam.
-Nic o mnie nie wiesz! Nic, a nic. – rzuciłam w niego poduszką.
-Dlaczego, się boisz?
Nie patrzyłam mu w oczy, a wręcz jeszcze bardziej odwróciłam od niego głowę.
-Rozalindo, czego… się boisz?? – zadał pytanie, a ja nie potrafię mu na nie odpowiedzieć. Wstał i zaczął iść w moją stronę.- Możesz mi zaufać…
-Wynoś się z mojego pokoju. Nie masz prawa tak do mnie mówić!! Nic nie wiesz… nic!!
-Chcę ci tylko pomóc…- wyciągnął dłoń w moją stronę.
-Nie. Dotykaj. Mnie.
Przybliżył dłoń do mojego ramienia i ledwie wyczuwalnie mnie dotknął. Wzdrygnęłam się i zaczęłam szybciej oddychać. Erick opuścił rękę i wbił wzrok w podłogę. Odwrócił się i podszedł do fotela na którym zostawił teczkę.
-Nie jestem taki jak oni.
Powiedział i wyszedł z mojego pokoju. Skuliłam się na łóżku w kłębek i zasłoniłam twarz poduszką. Co on sobie myśli? Niech wraca do swoich przyjaciół.
*****
Miałam za sobą kilka nieprzespanych nocy, więc w szkole wyglądałam i czułam się jak potwórz loch ness po kilkunastu piwach pod wodą za dużo. Na pierwszych dwóch lekcjach, historia sztuki i podstawy filozofii, myślałam, że zasnę nawet pod tablicą. Na korytarzach szkolnych dochodziły mnie szepty na mój temat. W łazience podsłuchałam jak jakaś dziewczyna rozmawia z przyjaciółką na mój temat i wmawia jej, że tnę się od sześciu lat i biorę w żyłę od kiedy skończyłam trzynaście lat. Wyszłam z łazienki i z uniesioną brodą podeszłam do lustra i pomalowałam usta na bardzo krwisty czerwony kolor, po czym cmoknęłam teatralnie do swojego odbicia i wyszłam. Milczały… Następną lekcję mam plastykę z ojcem. Od ostatniego mojego „wybryku” z portretem Chrisa, bałam się malować cokolwiek, wiec tydzień nie miałam pędzla w dłoni. Na zajęciach ojciec kazał namalować portret modela. To nie może być trudne. Przecież stoi przede mną, widzę go… jednak po piętnastu minutach, Daniel zabrał mi płótno. Kątem oka zauważyłam, że nie naszkicowałam modela tylko Chrisa. Deae, co się ze mną dzieje? Przez resztę lekcji bawiłam się czarną farbą i bazgrałam kreski na pudełku od farb, kiedy zadzwonił dzwonek uświadomiłam sobie, że pora lunchu. Poszłam więc w stronę stołówki i zajęłam miejsce, tam gdzie kiedyś. Jak najdalej od ludzi i ch plotek. Założyłam dziś do szkoły miętowe rurki, do tego łososiową pastelową bluzeczkę sięgającą powyżej kolan z ozdobioną górą, coś na styl koli, dwa czarne pierścionki, łososiowe conversy i miętowe kolczyki, piórka. Odsłoniłam swoje podrapane ramiona, zrobiłam to specjalnie, niech się napatrzą, niech mają więcej tematów do plotek. Nuciłam sobie piosenkę CRIMINAL, kiedy do stolika dosiedli się „przyjaciele” Ericka, ale jego z nimi nie było.
-Cześć mała.
-Witaj Miles.
-Jesteś strasznie aspołeczna.- odezwała się do mnie Bianca.
-Nie jestem aspołeczna, jestem tutaj. Nie uciekam przed ludźmi.
-Czyżby?- zmrużył oczy Mike.- Dlaczego nie było cię w szkole?
-Pewnie cięła się po nocach i tatusiek zamknął ją w domu, może nie powinniśmy z tobą rozmawiać. No wiesz, ty jesteś chora.- dokończył szeptem Bianca.
-To nie jest prawda.- zaczęłam szybko zbierać swoje rzeczy, starałam się opanować oddech, ale to było na marne, coraz bardziej i bardziej, zbliżał się do mnie atak.
-Poczekaj maleńka.- Miles chwycił mnie za biodra i przyciągnął do siebie.-Jesteś bardzo ciekawą osobą, ale…- jakaś tajemnicza siła odciągnęła go ode mnie, a ja osunęłam się na podłogę próbując złapać powietrze, jednak moje gardło coraz ro bardziej się zaciskało. Miałam już cienie przed oczami, kiedy jakimś cudem znalazłam się na zewnątrz.
Mój cud nazywał się Richard Christoper Streit. Usadził mnie na jednym ze stopni schodów i powtarzał, że już jest wszystko w porządku. W miarę upływu czasu zapanowałam nad swoim oddechem i powiedziałam powoli.
-Nie dotykaj mnie… proszę.- momentalnie odsunął rękę od mojego ramienia.- Co ty tu robisz?
-Uczę się w tej szkole, chodzę do trzeciej klasy. Czy wszystko w porządku?
-A wygląda jakby było ?- zaśmiałam się.
-To pewnie przez ten czołg na przejściu dla pieszych.
-Pamiętasz mnie?
-Tak, oczywiście. Jesteś jedyną osobą którą znam i która przeżyła spotkanie z czołgiem.- zaśmiał się odchylając głowę.
-Dziękuję ci bardzo. Gdyby nie ty…- uniósł dłoń i powiedział szybko.
-Dobra nie ma o czym mówić. Za dwadzieścia minut zaczynają się lekcję, chcesz jeszcze poczekać tutaj, czy wchodzisz do środka?
-Zostanę tutaj, ale ty możesz iść.- skwitowałam szybko zaczęłam bawić się pierścionkiem.
-Ok, to zostanę.
-Ale…
-Powiedziałaś, że mogę iść… ale nie muszę. Nie śpieszy mi się.
Przez następne minuty siedzieliśmy w ciszy, Richard nucił piosenkę, a ja dalej bawiłam się pierścionkiem. Deae, daj mi dwonek… i dwonek. Dziękuję.
****
Po lekcji muzyki przy szafce szkolnej zaczepił mnie Erick.
-Jesteś dalej na mnie zła?
-Zła?! Na ciebie?! Nigdy w życiu.- odpowiedziałam z ironią w głosie.
-Coś tak właśnie podejrzewałem, więc…- wyciągnął zza pleców czerwoną różę.- Skruszony i żałujący Erick Addyson przeprasza pannę Kydd i obiecuje poprawę.
Przewróciłam oczami i wzięłam od niego różę.
-To co?! Jedziemy razem do ciebie, umówiłem się z twoim bratem na małą sesję.
-W porządku, ale prosto do domu.
-Inaczej sobie tego nie wyobrażam.- uśmiechnął się.- Daj mi swoją torbę.



środa, 26 lutego 2014

ROZDZIAŁ TRZECI

W nocy śniły mi się koszmary.  Nie wiem , czy się budziłam , ale rano koło mojego łóżka leżał Ascanio. Obudziłam go przytulając się do jego nagiej piersi. Zerwał się, ale mnie nie odsunął. Przytulił się do niej, milczał.
-Ascanio? Co się stało?
-Rozstałaś się z nim…
-Skąd to wiesz?!
-Krzyczałaś w nocy jego imię, a kiedy się obudziłaś dałem ci leki i opowiedziałaś mi wszystko.
Teraz już wiem dlaczego nic nie pamiętam. Leki… zawsze mi pomagają, ale później nic nie pamiętam. Jeszcze chwilę przytulałam się do brata, a później poszłam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Wchodząc naga do pokoju przystanęłam na chwilę przed lustrem. Na żebrach widniały jeszcze sine ślady od kopania, na wysokości mostka były ślady od drapania się, a moje ramiona po wczorajszym wyglądały okropnie. Założyłam czarne spodnium ze ściągaczami , a na ramiona zarzuciłam zielony zwiewny sweterek. Włosy zaplotłam w dwa francuskie warkocze i położyłam po obu stronach ramion, sięgały mi do bioder. Nigdy nie znałam się na modzie, ale jeśli chodzi o wnętrza to zawsze wiedziałam co i jak. Zeszłam na dół do kuchni na pierwsze śniadanie, rodziców nie było już w domu, a Ascanio robił sałatkę z kurczakiem, sałatą pekińską, kukurydzą i sosem. Położył przede mną plastikowe  pudełeczko z sałatką.
-Nie jestem głodna…- zaczęłam mówić, ale przerwał nam telefon.
JA: Słucham?- milczenie.- Halooo…???
            Cisza… głuchy telefon? Wzruszyłam ramionami i wypiłam łyk soku pomarańczowego. Rozmawiałam z bratem o wczorajszym dniu, zachwycał się Erickiem. Mówił, że dzisiaj pokarze mu kilka aparatów i kolekcję gitar ojca. W końcu zebraliśmy się do wyjścia, założyłam czarne baleriny i wzięłam dużą czarną torbę z brelokiem od Cadillaca Gideona. Pół godziny później byliśmy już pod szkołą. Ascanio nie chodził ze mną do szkoły, ale postanowił, że będzie mnie odprowadzał  pod drzwi szkoły. Mam bardzo przystojnego brata, dlatego nie dziwiłam się, że połowa dziewczyn przyglądała się nam.
-Nie zapominaj, możesz do mnie zadzwonić i po ciebie przyjadę, nie przejmuj się w szkole tym co mówią, i nie odtrącaj ludzi…
-Hej Rozalindo, cześć Ascanio.- Erick przerwał bratu w pół zdania.
-Hej Erick, widzimy się dzisiaj po szkole. Tak??- zapytał Ascanio. Ja tylko kiwnęłam do niego głową na powitanie i schowałam oczy pod okularami przeciwsłonecznymi.
-Oczywiście, tak sobie pomyślałem, że może… eee… Rozalinda pojechałaby ze mną. Szkoda kłopotu skoro i tak jadę do was.
-Wiesz nie wiem czy to dobry pomył…
-W porządku Ascanio, dam radę.- powiedziałam cicho. Oczy Ericka rozjaśniły się i natychmiast się uśmiechnął. Jeszcze kilka minut rozmawiał z bratem, a później rozstaliśmy się. Pierwsze zajęcia jakie miałam w tym dniu to muzyka. Chłopak zaprowadził mnie pod salę, jego ręka usilnie próbowała dotknąć mojej, ale ja przy najmniejszym cieple jego skóry oddalałam się jeszcze dalej, w końcu zrezygnował i powiedział, że zobaczy się ze mną na lunchu w stołówce.
Nauczycielka muzyki, panna Korinn, okazała się być całkiem spoko kobietą. Na początku lekcji zapowiedziała, że chce nas poznać po muzyce, więc każdy ma coś zagrać i zaśpiewać. W dziesięcioosobowej klasie praktycznie każdy miał inny gust, styl i wybierał inne instrumenty. Zgłosiłam się na końcu, a właściwie zostałam wyciągnięta z ławki pod groźbą jedynki i uwagi, oczywiście śmiała się z tego. Podeszłam do fortepianu i zagrałam kilka nut, grałam kilka razy po wyjeździe z Anglii, ale musiałam się rozkręcić. Zagrałam Taylor Swift - I Knew You Were Trouble, miałam nastrój na coś nowoczesnego. Kiedy skończyłam śpiewać, nastała cisza, a po chwili rozległy się głośne oklaski. Miła odmiana, wróciłam na miejsce i słuchałam na temat każdego ucznia co mówiła nauczycielka, kiedy zwróciła się od mnie powiedziała, że słyszy wiele cierpienia w moim głosie, ale i również miłość. Tak wiele dało się wyczytać z moich słów. *****
W stołówce szkolnej roiło się od ludzi. Wszyscy ocierali się o siebie. Starałam się nie wpadać na nikogo i na razie mi wychodziło. Zajęłam pusty stół, gdzieś daleko w kącie Sali. Wyjęłam swoje śniadanie i zaczęłam jeść. Po chwili dosiadł się do mnie Erick ze swoimi przyjaciółmi. Usiadł naprzeciwko mnie, a jego przyjaciel po mojej lewej stronie.
-Cześć mała. – odezwał się do mnie.
-Hej…- odpowiedziałam niepewnie i odsunęłam się od niego.
-Miles przestań!- skarciła go niebiesko oka dziewczyna.- Nazywam się Bianca, ten frajer koło ciebie to Miles, po mojej prawej Erick, a po prawej Mike.
-Rozalinda. Miło mi.
-Jesteś córką dyrektora? Tak!- kiwnęłam głową do Mike.
-Ale czad, jak to jest jak tatusiek może załatwić wszystko?- spytał Miles i cały czas przybliżając się do mnie. Deae, nie zniosę tego dłużej.
-No wiesz… raczej normalnie. Nigdy nic nie osiągnęłam dzięki ojcu. – powiedziałam i dalej się odsuwałam. Erick przyglądał mi się badawczo.
-Coś się stało ?- spytał.
-Nie…- przełknęłam ślinę i poczułam pieczenie w gardle. –Ale potrzebuję nieco przestrzeni… - oddychałam szybko i starałam się nie zapominać, jak się to robi. Zamknęłam oczy i zaczęłam nucić LONG FACE. Nagle poczułam na swoich ramionach czyjeś ramię. Zerwałam się na równe nogi przy okazji rozlewając sok Bianc’i na stół. Chwyciłam się za ramię i ścisnęłam je z całej siły wbijając w nie paznokcie, wybiegłam ze stołówki, która nagle ucichła i zwróciła się w naszą stronę. Wybiegłam przed szkołę i dopiero wtedy zorientowałam się, że sweter zabrudzony jest krwią. W panice szukałam telefonu, ale moje ręce tak się trzęsły, że nie mogłam nawet wybrać numeru. Po chwili usłyszałam za sobą głos Ericka.
-Rozalinda!!!- krzyknął.-Poczekaj proszę. Przepraszam cię za Milesa. Ogólnie cię przepraszam, nie powinienem ich ciągnąć do twojego stolika.-tłumaczył się.
-Erick nic nie szkodzi, troszkę za bardzo… impulsywnie zareagowałam, ale… - przerwałam. Nie! Nie chcę mu o niczym teraz mówić. Teraz?! W ogóle! – Wybacz ale muszę odreagować.
Odwróciłam się od niego i poszłam w stronę centrum Nowego  Orleanu.
*****
Kamienice wyglądały iście jak z bajki, na parterze były sklepy, a na piętrach balkony z drewnianymi drzwiami. Z barierek wydobywały się ciepłe czerwone kwiatuszki z bluszczem. Kilka metrów dalej był kościół, weszłam do środka. Barokowe ołtarze z małymi aniołkami rozchodziły się po obu stronach kaplicy, centrum stanowił ołtarz główny, ogromne złote drzewo, a na nim przybity krzyż z Panem Jezusem, u jego stóp stała Maryja Panna i św. Jan. Królowa aniołów mała bardzo smutną twarz, z jej błyszczących oczu wydawały się płynąć łzy, a głowa Pana opadała na prawe ramię i otwierał usta tak jakby chciał jej coś powiedzieć, w tej chwili, nie później, tylko teraz. W kaplicy było kilka osób, nie chciałam przeszkadzać więc uklękłam, przeżegnałam się i wyszłam ze świątyni. Kilkanaście metrów dalej był pchli targ. Krzątałam się miedzy stoiskami, póki nie zaczęły mnie boleć nogi. Przysiadłam na jakieś sofie. O Deae, jaka ona wygodna.
-30€.- zerwałam się z sofy.
-Ja przepraszam… chciałam tylko… eee... hmm… - jąkałam się.
-Odpocząć . – dokończył nieznajomy.
-Tak dokładnie, przepraszam bardzo i dziękuję za podanie ceny, ale niestety to cudo nie będzie pasowało do mojego pokoju, ani żadnego innego pomieszczenia.- wzruszyłam ramionami. Chłopak uśmiechnął się do mnie. Wysoki brunet z piwnymi oczami, przyglądał mi się uważnie. Miał na sobie czarne bojówki, czarne buty wojskowe i czarną koszulkę z nadrukiem SEMPER FIDELIS.
-Czy wszystko w porządku?- zapytał w końcu.
-Tak, a dlaczego miało być inaczej?- wskazał moje ramię brudne od zaschniętej krwi.-Och… nie, wszystko w porządku. Otarłam się o…
-Czołg?- zapytał z troską i rozbawieniem.
-Tak, ktoś go zostawił na przejściu dla pieszych.- zaśmiałam się, a on po mnie.
-Eee… powinienem się przedstawić. Richard Christoper Streit.- wyciągnął do mnie rękę, a ja zamarłam. Chris… zrobiłam kilka kroków w tył. – Co się stało?! Jesteś taka blada.
-Ja… -przełknęłam ślinę. – Nazywam. Się… - starałam się opanować oddech.
-Może chcesz coś do picia. Jest bardzo gorąco.
-Nie! To znaczy… nie. Rozalinda Kydd.- przedstawiłam się, ale nie podałam mu ręki.
-Hej! Jeśli chcesz możesz jeszcze posiedzieć na tym boskim meblu.- mrugnął do mnie.- Ja mam teraz klientów, ale …
-Nie, idź. Poradzę sobie.- powiedziałam szybko i usiadłam na sofie. Kiedy odszedł zerwałam się i poszłam w stronę mniej zatłoczonego placu. Im dale od ludzi tym lepiej. Chris…!? O matko, Deae… pewnie wziął mnie za kompletną idiotkę. Znalazłam telefon i zobaczyłam trzydzieści pięć połączeń nieodebranych od Ascanio, a godzina!! 15.40, czyli co najmniej 4 godziny po zakończeniu moich lekcji. Boję się oddzwonić teraz, ale jeśli tego nie zrobię to jeszcze gorzej będzie w domu.
JA: Hej…
A: Gdzie ty kurwa, do jasnej cholery jesteś?! Dzwonili ze szkoły, a później przyjechał Erick i opowiedział o wszystkim. Mówił, że cię szukał. Kurwa… co ty sobie wyobrażasz!!!
JA: Ascanio przestań krzyczeć na mnie, nie jestem zwierzęciem żeby trzymać mnie w klatce.
A: Gdzie jesteś, zaraz po ciebie przyjadę.
JA: Nie musisz, będę w domu przed piątą.
Rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Przeszłam się kilka razy po pchlim targu, kupiłam stary aparat dla Ascanio i do mnie do pokoju kilka barokowych ozdób. Szłam wzdłuż kamienicy i podjadałam ciasteczka z toffi nucąc  Fergie – Fergalicious. Przechodziłam obok chińskiej knajpki, wewnątrz rozbrzmiewała delikatna muzyka zachodu. Weszłam do środka wabiona dźwiękami i zapachami. W środku nie było nikogo, tylko właściciel restauracji. Podszedł do mnie i uśmiechnął się, podał mi na tacy ciasteczko z wróżbą. Pokręciłam głową, ale nalegał, więc wzięłam.
„ Podróż na tysiąc mil zaczyna się od pierwszego kroku.”
Jakie to… życiowe. Właściciel zniknął za drzwiami kuchni, żeby za chwilę pojawić się z czarnym mokrym ręcznikiem. Położył go koło mnie i uśmiechnął się, zrozumiałam, że chodzi o moją rękę. Przetarłam ją i jeszcze kilka minut posiedziałam w środku wsłuchując się w muzykę. Następnie wyszłam, włączyłam telefon i zamówiłam taksówkę. 

wtorek, 25 lutego 2014

ROZDZIAŁ DRUGI

„I was five and he was six
We rode on horses made of sticks
He wore black and I wore white
He would always win the fight”
            Ciepły głos Nancy odbijał się od ścian w moim nowym pokoju. Ewelina pomogła mi się umyć i opatrzyła mi ramiona, przez kilka dni będę musiała chodzić w długich rękawach. W nowym mieście rodzice kupili wille z widokiem na Missisipi, piękny biały ogromny dom z zaokrąglonym podjazdem i wzmocnioną ochroną już od bramy, wysokiej kutej na zamówienie. Ogromna twarz kobiety wpatrywała się nocą na każdego przechodnia . Przez dzień była otwarta i chętnie przyjmowaliśmy gości, rodzice mówią, że ma mi to pomagać. Mój pokój , jako jedyny, nie był urządzony w stylu nowoczesnym, królował w nim barokowy obraz śpiącego cherubina zaraz na frontowej ścianie od drzwi. Pod nim , mała półka z moimi ubraniami typu spodnie, koszulki i bielizna. Na blacie leżał album ze zdjęciami, zawsze otworzony na zdjęciach z wesołego miasteczka, gdzie spędziłam pierwsze wagary, wraz z Gideonem, obok leżały fiolki z lekami, kilka ramek na zdjęcia i książek ustawionych nieco w kącie białego blatu. Po lewej ogromne okno z widokiem na Missisipi zasłaniały warstwy białego i błękitnego tiulu, w wakacje pomalowałam ramy okna na biały kolor i papierem ściernym dodałam im nieco starego wyglądu.  Przed nim na białym dywanie stała biała pufa z fioletową narzutą, a obok mały okrągły stolik, metaloplastyka ze szklanym  „blatem„. Na przeciwległej ścianie wisiało lustro. Białe łóżko z bogatymi barokowymi ornamentami nakryte zostało biało-czarną kołdrą i dwudziestoma dwoma poduszkami, a w centralnej części łóżka leżał mój kochany misiu, od zawsze był ze mną, a ja bez niego nie zasnę. Małe dywaniki z kolorowymi kwiatkami, pamiątka z Polski, leżały pod nogami, a na nich para moich pantofli. Sama projektowałam ten pokój i pokochałam go od pierwszego wejrzenia, nawet jak był bez mebli i pięknych obrazów i zdjęć. W pomieszczeniu nie było telewizora, a jedynie laptop, dwa telefony i iPod z piosenkami.
            Kilka godzin leżałam na łóżku i myślałam… myślałam… i nic nie wymyśliłam. Moje „dumanie” przerwało pukanie do drzwi. Nie chętnie zaprosiłam tego kogoś do pokoju. W progu stanął mój starszy brat.
            -Nie dzisiaj Ascanio.
            -Tak, dzisiaj… i powiesz mi co się stało.
            Ascanio był jedynym mężczyzną, któremu pozwalałam się dotykać. To on pomógł mi w znalezieniu dr Claudii Perez, najlepszego psychologa we Francji, jeździ ze mną do lekarzy i po leki. Wysoki, postawny i napakowany, tak dziewczyny go opisują, ale ja jestem inna i patrzę na niego inaczej. Piwne oczy, długie rzęsy, piękne usta i policzki z wydatnymi kościami. Delikatny zarost od czasu mojego porwania nieustannie widniał na jego twarzy. Chudy, wręcz wychudzony, jego sylwetka przez tydzień i te trzy miesiące po porwaniu stała się diametralnie inna niż przedtem. Nie jadał praktycznie w ogóle, z resztą tak samo jak ja. Nie dbał już o siebie, eleganckie szkolne koszule i spodnie, zamienił na dresy i potargane podkoszulki , a to wszystko moja wina. Dziewczyna rozstała się z nim z mojego powodu, nie zdobył pracy, musiał zostawić szkołę i kumpli w Londynie z mojego pieprzonego powodu.
            Zdałam mu całą relację ze zdarzenia w stołówce szkolnej. Po skończeniu okropnie długiego opisu chłopaka ze stołówki, zasłoniłam dłońmi twarz. Chwilę potem sięgnęłam po torbę z książkami i zaczęłam szukać notesu z zapisanymi piosenkami na każdy mój nastrój, ale z przerażeniem stwierdziłam, że nie ma go tam. O  nie…. Nie… musiał mi wypaść w stołówce.
-Co się dzieje Kara?
-Nie ma mojego notesu.
-Tego od muzykoterapii?
-Tak …- łzy napłynęły mi do oczu.
-„muzyka pozwala na docieranie do głęboko ukrytych konfliktów oraz wydobywa i aktywizuje emocje poprawa nastroju uczestnika oraz realizacja ćwiczeń zaburzonych sfer psychicznych dostarczenie pozytywnych przeżyć uczestnikowi” pamiętasz?
-Tak, to są słowa Claudii.
-Mam skopiowany cały notes, później pojedziemy do sklepu kupisz nowy i sobie przepiszesz.
-Naprawdę ?! DZIĘKUJĘ !!
Miłą pogawędkę przerwało nam pukanie do drzwi wejściowych. Kto mógłby do nas przyjść teraz? W środku dnia. Może to dziewczyna Ascanio?
-Uuuuu… to pewnie ktoś do ciebie.- zaśmiałam się i rzuciłam biegiem przez schody. Ascanio zaczął mnie gonić, przy drzwiach, chwycił mnie za ramiona, a ja wykrzywiłam się z bólu. Puścił mnie natychmiast.
-Żarcik braciszku.- zaśmiałam się i otworzyłam drzwi.
Na progu stał ten sam koleś na którego wpadłam w szkole. Miał na sobie zabrudzoną białą koszulę z podwiniętymi rękawami, czarne spodnie i glany ( w lecie ?!).Przez ramię miał przewieszony biało-czarny plecak, a z niego wystawała marynarka. Poczułam na plecach rękę Ascanio. Mina chłopaka spoważniała kiedy zobaczył go za mną.
-W czymś możemy pomóc?- spytał.
-Eeee… nie! To znaczy… hmmm….- jąkał się tak bardzo, że zaczęłam krztusić się ze śmiechu. Przestałam to robić kiedy wyciągnął do mnie rękę z moim notesem. Sięgnęłam po niego, a nasze palce delikatnie się dotknęły. Szybko odsunęłam dłoń i wtedy notes upadł na ziemię. Zaczął mnie przepraszać. Schylił się i tym razem podał go mojemu bratu.
- Bardzo ci dziękujemy za oddanie tego notesu. Nazywam się Ascanio, jestem bratem Kary, a ty?
-Eee… Erick Addysan, chodzę do trzeciej klasy.
-Miło cię poznać Ericku, przepraszam z góry za ten incydent w stołówce. Naprawdę powinnam patrzeć pod nogi. Przepraszam cię również za to… no wiesz… tą reakcję…
-Wszystko w porządku, Kara. Tak?
-Hmm… właściwie to Rozalinda. Kara, to moje przezwisko i tylko brat mnie tak nazywa, ale nie ma problemu, możesz tak do mnie mówić.- Ascanio spojrzał na mnie zaskoczony.- Albo nie, Rozalinda wystarczy.- poprawiłam się szybko.
-W porządku, chciałem się jeszcze upewnić czy wszystko w porządku. Tak nagle wybiegłaś z jadalni. Przepraszam za moich przyjaciół.
-Och… nic nie szkodzi.- zrobiłam krok tył i wpadłam na Ascanio, dalej przysłuchiwał się naszej rozmowie. Kamień spadł mi z serca. Usłyszałam piosenkę WHEN I’M GONE, telefon! Scharlotta dzwoni.- Przepraszam, ale ja muszę odebrać ten telefon. Ascanio zajmiesz się naszym gościem.
-Oczywiście.
Pobiegłam na górę i rzuciłam się na łóżko odbierając telefon.
JA: Scharlotta?! Już wszystko w porządku, troszkę ramiona poranione, ale to nic, radzę sobie, ale chcę żebyś do mnie przyjechała.
S: Cieszę się, ale nie jestem Scharlottą, Karo.
Ten głos, głęboki, męski….
JA: Gideon!!!- krzyknęłam.- Kochanie myślałam, że już nigdy się do mnie nie odezwiesz.
S: To ty się nie odzywałaś.
JA: Gideon, wiesz…
S: Proszę, nic nie mów. Po tym wszystkim to ja się zachowałem jak dupek. Nie dałem ci czasu, naciskałem, a ty prosiłaś o chwilę zastanowienia. Przestałem się odzywać bo tak było łatwiej, ale zrozumiałem, że bez ciebie to nie jest już to samo. Myślę o tobie bez przerwy, nie mogę sobie bez ciebie poradzić, Scharlotta pomaga mi czasami, ale ja chcę ciebie.- słyszałam, że głos mu się łamie. O nie!!! On płacze… nie!!!
JA: Gideonie, kocham cię z całego serca. Nie mogę ci powiedzieć gdzie jestem, ale możesz być pewien, że jestem bezpieczna. Ja też o tobie myślę bez przerwy. Nie mogę ci pomóc i to buduje jeszcze większy ból we mnie. Boję się o ciebie, wiem… wiem, że Ewelina pomogła ci w sądzie, ale i tak boję się. Tak bardzo cieszę się, że słyszę twój głos. Kocham cię i nic, ani nikt tego nie zmieni. Gideon proszę cię…
S: Co się dzieje?! Kara?!
Nie mogłam już dłużej tego ciągnąć. Claudia kazała mi zakończyć wszystkie sprawy jakie mogą być powodem moich ataków. Musiałam skończyć z moim dawnym życiem. Nowy kraj, nowe miasto, nowa szkoła… nowy start.
JA: Proszę, daj mi spokój. – zaczęłam szlochać.- Gideon… nie mogę już tak dłużej, muszę zacząć nowe życie. Kocham cię, bardziej niż sobie wyobrażasz, ale właśnie przez tą miłość… tę chorą miłość… nie mogę się zebrać. Za każdym razem, kiedy robię krok do przodu… przypominam sobie Anglię i robię dwa kroki w tył… Pomóż mi !!!- krzyczałam do słuchawki.- Pomóż mi i daj mi spokój.
S: Odchodzisz ode mnie?!
NIE!!!
JA: Tak.- musiałam to zrobić. Lęki powracały każdej nocy, każdego dnia.  On tego nie rozumiał.
S: Ja…
JA: Przepraszam cię Gideonie.
Rozłączyłam się i jeszcze chwilę popłakałam. Usłyszałam śmiech brata, poszłam do jego pokoju. W środku zastałam jego i Ericka bawiącego się polaroidem. Pokój Ascanio był cały oklejony zdjęciami z wycieczek, głównie zdjęcia przedstawiały mnie z Scharlottą i Luckeim. Erick zrobił mi zdjęcie w momencie kiedy weszłam do pokoju.
-Przepraszam cię bardzo!!- zaczerwienił się i czekał aż karta z moim zdjęciem wyschnie, po chwili mi je podał. W zamian za zdjęcie ja wzięłam od niego aparat i zrobiłam je również jemu, tylko ja nie przeprosiłam.
-Zrobimy tak, zatrzymam twoje, a ty moje zdjęcie. Możesz je wyrzucić, ale ja sobie twoje włożę do albumu i podpiszę „KAWOWY PRZYPADEK”.
Zaczął się śmiać, kątem oka zauważyłam jak Ascanio uśmiecha się i patrzy to na niego to na mnie, a już w następnej chwili trzymał cyfrówkę i zrobił nam zdjęcie razem, oczywiście w pewnej odległości.
-Erick zajmuje się fotografią i gra na gitarze.
-Naprawdę?!
-Tak.- odpowiedział nieśmiało.
-To kiedyś musisz mnie nauczyć, może wpadniesz do nas jutro?? Jeśli tylko chcesz?
-Oczywiście…znaczy… tak czemu nie. Po szkole na przykład.
-Świetnie, pokarzę ci kilka zdjęć, a Kara kolekcję gitar naszego ojca.- Ascanio aż był czerwony z tego zadowolenia.  Nie wiem dlaczego…ale polubiłam Ericka. Nie pozwolę mu na dotykanie mnie, NIGDY, ale był na razie jedynym chłopakiem w szkole, który ze mną rozmawiał… w domu.


Erick i Ascanio jeszcze przez kilka godzin rozmawiali o fotografii. Potem wrócił ojciec i mama z pracy. Pożegnaliśmy się umówiliśmy na jutro pod szkołą. Zobaczyłam jak wkłada moje zdjęcie do podręcznika do zajęć artystycznych. Pożegnałam go uśmiechem, od ucha do ucha. 

niedziela, 23 lutego 2014

ROZDZIAŁ PIERWSZY

                        Wbiegam na schody prowadzące na pierwsze piętro. Pierwszy dzień w nowej szkole, w dodatku ojciec jest tu dyrektorem. Pięknie! Jesteśmy w Nowym Orleanie już ponad dwa miesiące, a ja nadal nie znam drogi do szkoły, mimo to, że ojciec zabierał mnie tu w wakacje. Chwila… nie przedstawiłam się, Rozalinda  „Kara” Kydd, spóźniona na lekcje plastyczną ojca. Wcześniej chodziłam do szkoły w Londynie, rzecz jasna do szkoły artystycznej, ale wydarzenia minionego roku szkolnego zmusiły moją rodzinę do opuszczenia Anglii i przeniesienia się do Francji.
Mój chłopak Gideon był handlarzem narkotyków. Spotkaliśmy się na imprezie karnawałowej w mojej szkole, on był tylko osobą towarzyszącą. Mieliśmy wspólne zainteresowania, malarstwo portretowe, architektura itp. Kilka tygodni później byliśmy parą. Nie rozstawaliśmy się na krok. Często wagarowałam, ale nie brałam nigdy narkotyków. W czerwcu zostałam uprowadzona i przetrzymywana przez innych dilerów. Byłam katowana i wręcz pojona narkotykami i kwasami. Wyszłam z tego „cało”. Miewam ataki paniki, często zagrażające mojemu życiu. Przestaję oddychać lub drapię się po ciele aż do krwi. Przerażam tym ludzi i czasami rodziców, ale nie mogą nic na to poradzić.
Jestem wysoką zielonooką, białowłosą egoistyczną i przerażoną innymi ludźmi dziewczyną. Mam bladą twarz, wręcz białą, w połączeniu z białymi włosami wyglądam jak ściana lub mąka. Często staję się przez to pośmiewiskiem w szkole. Włosy sięgają mi praktycznie do kolan, często chodzę ubrana w sukienki, białe lub czarne. Dzisiaj ubrałam do szkoły białą sięgającą ponad kolano sukienkę bez ramion, naszyjnik z małym diamencikiem (prezent od Gideona), oraz białe baleriny ze wstążką ciągnącą się przez łydkę z kokardką w tyle.  Ok, jestem na miejscu.
 Otwieram delikatnie drzwi do sali, ale w środku nie ma ojca. Na środku stoi jakiś chłopak i patrzy na mnie jak na kosmitkę. W tyle Sali słyszę głos ojca, deae dziękuję.
-Dzień dobry przepraszam za spóźnienie panie Kydd.
-W porządku panno Kydd, proszę usiąść na miejsce.
I w tym momencie cała klasa spojrzała na mnie zza sztalug. O nie… już malują. Ciekawe co? Siadam w najdalszym kącie Sali i przyglądam się portretom. Po chwili podchodzi do mnie ojciec i tłumaczy zadanie. „Portret  bliskiej ci osoby” oraz tytuł. Z prac tej grupy będą robione wernisaże raz w tygodniu na szkolnym korytarzu. Pięknie, i już wiem kogo namaluję. Szkic zajmuje mi mało czasu, znam tę twarz na pamięć. Najdrobniejszy szczegół pozostał w mojej pamięci. Jedyne co mi po nim zostało to tylko wspomnienia. Ogromne czarne oczy, wpatrujące się w głąb mojej duszy, długie rzęsy i piękne brwi. Delikatny nos, ściągnięty nieco w dół. I te usta, pełne czerwone usta, te usta które tak często mnie całowały. Zagłębiały się i bez tchu całowały mnie dniami i nocami. Lekko ciemna karnacja podkreślająca jego oczy, te piękne oczęta. I… najlepsze na koniec, włosy. Biorę czarną farbę i maluję dłubie czarne linie. Zaczesane do tyłu, lekko rozczochrane od częstego przeczesywania palcami, zwykle moimi. Patrząc na jego twarz widzi się ból i cierpienie, tak wyglądał jak znaleźli mnie w starym magazynie. Jeszcze tylko jeden mały szczególik, biała farba i jedna gruba linia na włosach nad prawym okiem. Pasemko, które sama zrobiłam. I nagle przypomniałam sobie wszystkie nasze wspólne noce kiedy spaliśmy koło siebie i czasami nawet nic nie mówiliśmy, patrzyliśmy na siebie lub spaliśmy. Słyszę swoje imię i spoglądam na klasę. Wszyscy patrzą na mnie. O co chodzi.
-Rozalindo pokaż nam swój obraz. Zatytułowałaś go już?
-Proszę ?! Eeee… to znaczy …. Tak „ ZAWSZE I NA ZAWSZE. MÓJ GIDEON”.
-W porządku pokaż portret.
Odwracam obraz w stronę klasy, szmery i śmiechy cichną, patrzą to na mnie, to na portret. Nawet ojciec zasłonił usta ręką. Nie wiem dlaczego. Nie ładnie? O nie… tylko nie to. Wyśmieją mnie. Szybko odwracam portret w moją stronę i uświadamiam sobie co zrobiłam. Nie narysowałam Gideona, myślałam o nim, ale inaczej prowadziłam rękę. W moją twarz wpatrywały się niebieskie oczy mężczyzny. Blondyn uśmiechał się szyderczo do mnie. Wszystkie moje narządy wewnętrzne wywracają się w różne strony. Namalowałam portret … Chrisa Abbey, mojego… o nie!!! Wywracam swoje przybory, woda i farby rozlewają się na podłogę.
*****
Po okropnym incydencie na lekcji, staram się panować nad sobą. W stołówce szkolnej byłam już chyba legendą. Nie będę jadła z nimi. Podchodzę do sklepiku i proszę o kawę latte. Szybko dostaję zamówienie, płacę i odchodzę w stronę drzwi wyjściowych. Nie patrzę przed siebie, nie patrzę nikomu w twarz. Za dużo tu ludzi, zaczynam drapać się w lewe ramię. Coraz mocniej i mocniej. I dzieje się to, czego najbardziej się bałam. Wpadam na kogoś. Deae, dlaczego ja?? Pierwszy dzień i już wylałam na kogoś swoją kawę. Unoszę głowę i widzę twarz chłopaka, wyraźnie nie jest ubawiony tą sytuacją, w przeciwieństwie do swoich przyjaciół, wygląda raczej na zatroskanego. Schyla się i podaje mi swoją smukłą dłoń.  Jest chudy i bardzo wysoki, ubrany w białą koszulę i czarne spodnie wygląda bardzo pociągająco. O nie!!! Mam na sobie sukienkę przemoczoną kawą, w dodatku z włosów leje się chyba jego sok malinowy, który również na mnie wylał. Pomaga mi wstać. Och… jakie ma zimne ręce, to takie przyjemne. Jego twarz wykrzywia się w nieznaczny uśmiech, coś w stylu „OMG, co ty jesteś? Straszydło ?!”. Piękne niebieskie oczy, jak morze Bałtyckie w Polsce, wpatrują się we mnie, moją twarz, usta… Rysy delikatnych zmarszczek w koło jego ust nie pozwolą mi chyba zasnąć. Deae, on dalej mnie dotyka w rękę. Sięga po coś do kieszeni, nieruchomieję. Przypomina mi się każda chwila z Chrisem, kiedy sięgał do kieszeni po narkotyki. Lęki powracają. O nie!!! Wyrywam mu swoją dłoń i odpycham go od siebie. Schylam się po torbę. O nie. Nie. Nie. Nie on robi to samo. Wyprzedzam go i szybko się prostuję. Wybiegam z jadalni i biegnę do łazienki. Wchodzę do pierwszej kabiny, zamykam drzwi i osuwam się na podłogę. Drapię się po ramionach, nie czuję bólu więc robię to coraz  mocniej i mocniej, i mocniej… aż w końcu czuję ból, krew spływa po moich palcach, pod paznokciami mam swoją skórę. Słyszę piosenkę WHEN I’M GONE, to mój telefon. Spokojnie Rozalindo, spokojnie. Szukając telefonu w torebce brudzę krwią wszystkie kartki. Znalazłam!!! Scharlotta (wymawia się Karlotta)!!!??? Po co dzwoni?
JA: Co się dzieje?
S: Wszystko w porządku z tobą??
JA: Nie. Mam atak.
S: Dzwoń do ojca!!! Już chyba, że ja mam to zrobić?
JA: Proszę ty zadzwoń. Jestem w łazience.
S: Ojciec za chwilę przyjdzie, zadzwoń wieczorem.
Scharlotta rozłącza się, a kilka minut później słyszę jak drzwi otwierają się z impetem. Widzę buty mojego ojca. Podchodzi do mojej kabiny i otwiera ją powoli. Pomaga mi wstać, ale dotyka mnie tylko w ręce. Przytulam się do niego i zaczynam płakać. Brudzę jego koszulę moją krwią.
-Tatusiu ja…
-Ćććć… wiem nic nie mów. Zawiozę cię do domu.

Zaczekaliśmy na dzwonek i wyszliśmy z łazienki. Och… deae. Pomóż mi w tym nowym życiu.  
W NASTĘPNYM ROZDZIALE O SILE MIŁOŚCI I LĘKU W JEDNEJ OSOBIE 

PROLOG

-A teraz, piękna różo, odpowiesz nam na kilka pytań. Jeśli tego nie zrobisz, twoje katusze będą trwały w  nieskończoność. Chyba nie chcemy, żeby ta piękna buźka wyglądała nieco inaczej niż inne na ulicy?
-Nie.- odpowiedziałam cicho, nie mam już siły na nic innego.
-Zwiększ jej dawkę morfiny i zabieram się do dalszej części przesłuchania.
-Nie!!!- krzyknęłam- Proszę, nie wytrzymam dłużej. Naprawdę nie wiem gdzie on trzyma towar. Nigdy mi tego nie mówił.- szlocham. Ręce mam związane, nogi również. Wstrzykują mi do żyły narkotyki i każą zażywać jakieś środki. Deae, gdybym tylko wiedziała co mnie czeka.
-Nie pierdol!! Chodziliście ze sobą pół roku. Musiał ci dawać prochy, a w łóżku pewnie dawał ci zastrzyki.
-Przysięgam!! Nigdy nic mi nie dawał, nic mi nie mówił. To była jego praca, a ja byłam jego dziewczyną, tylko tyle.- nie przestawałam płakać.
-Chris, może ona mówi prawdę? Ona naprawdę nie wytrzyma większej ilości prochów. – powiedział chłopak stojący obok mnie. Dotykał moich pleców, nie wiem dlaczego, ale sprawiało to, że czułam się nieco bardziej bezpieczniejsza. –Zadzwońmy do niego teraz, powiedzmy, że ją mamy. Dajmy mu czas. Jeszcze kilka dni, a ją zostawmy.
-Nie!! Zapłaci za swojego chłoptasia.
-Nic nie wie. Tydzień podajemy jej morfinę i inne dragi. Nawet ja nie biorę tak często. Może mieć poważne problemy. Widziałeś jej ręce?
-Lucas skończ!!! Wiem co robię i…
-Nie wiesz!!! Ona umrze zanim zorientują się gdzie jest. Nic nie wie. Puśćmy ją.
                               Chris nie odrywał  oczu od mojej twarzy. Nie wiem co mu chodziło po głowie, ale nie było to nic dobrego. Łzy płynęły mi po policzkach. Dlaczego Gideon nie przychodzi? Czy już mu się znudziłam? Mówił, że mnie kocha. Lucas odwiązał   moje nogi, następnie ręce i pomógł mi wstać z krzesła. Ledwo trzymałam się na nogach, cały czas podtrzymywał mnie, aż w końcu wziął na ręce. Zarzuciłam ramiona na szyję i wtuliłam się w  jego szyję. Zaniósł mnie do jakiegoś pokoju i położył na łóżku. Było bardzo miękkie i wygodne, od tygodnia marzyłam o takim łóżku.
-Rozalindo podam ci morfinę, trochę złagodzi ból i pozwoli zasnąć.
-Nie. Nie. Nie błagam, wytrzymam bez tego.
-Ostatni raz obiecuję.- kładzie mi dłoń na policzku.- Spokojnie.
                               Kiwam głową , ale wiem jakie będą konsekwencje mojej decyzji. Lucas wychodzi z pokoju. Teraz, albo nigdy. Wstaję z łóżka i podchodzę do okna, opieram się o parapet i obliczam mniej więcej ile metrów jest w dół. Za dużo, mogę tego nie przeżyć, ale wolę umrzeć tak niż z ręki Chrisa. Otwieram okno i czuję zimny podmuch wiatru. Och … tak dawno tego nie czułam. Nachylam się i nagle ktoś łapie mnie za ramię i pociąga z powrotem w stronę pokoju. Nie mam już nawet siły, żeby krzyczeć. Odchylam głowę w tył i zamykam oczy. Słyszę stłumiony głos Chrisa. O nie !!! Jest na mnie zły, bardziej niż przedtem. Rzuca moim bezwładnym ciałem o ścianę i krzyczy:
-Ty dziwko, okłamujesz mnie, a teraz chcesz się zabić?! Pozwól, że cię wyręczę!- mówiąc to zaczął mnie kopać po żebrach. Widzę jego płonące oczy i nienawiść jaką obdarza mnie wraz z każdym kopnięciem. Nie… proszę, niech to się skończy. Ze ściśniętego gardła uwalnia się w końcu krzyk.

                               Czuję jak ktoś potrząsa mną i próbuje obudzić. Ten głos… znam go. To Daniel, mój ojciec, a chwilę po tym głos Eweliny, mojej mamy. To tylko sen. Cały czas śniłam. Już nigdy nie znajdę się w tym magazynie z Chrisem. Nie mieszkamy już w Londynie. Nie … już nigdy koszmar nie powróci.