W nocy śniły mi się koszmary.
Nie wiem , czy się budziłam , ale rano koło mojego łóżka leżał Ascanio.
Obudziłam go przytulając się do jego nagiej piersi. Zerwał się, ale mnie nie
odsunął. Przytulił się do niej, milczał.
-Ascanio? Co się stało?
-Rozstałaś się z nim…
-Skąd to wiesz?!
-Krzyczałaś w nocy jego imię, a kiedy się obudziłaś dałem ci
leki i opowiedziałaś mi wszystko.
Teraz już wiem dlaczego nic nie pamiętam. Leki… zawsze mi
pomagają, ale później nic nie pamiętam. Jeszcze chwilę przytulałam się do brata,
a później poszłam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Wchodząc naga do
pokoju przystanęłam na chwilę przed lustrem. Na żebrach widniały jeszcze sine
ślady od kopania, na wysokości mostka były ślady od drapania się, a moje
ramiona po wczorajszym wyglądały okropnie. Założyłam czarne spodnium ze
ściągaczami , a na ramiona zarzuciłam zielony zwiewny sweterek. Włosy zaplotłam
w dwa francuskie warkocze i położyłam po obu stronach ramion, sięgały mi do
bioder. Nigdy nie znałam się na modzie, ale jeśli chodzi o wnętrza to zawsze
wiedziałam co i jak. Zeszłam na dół do kuchni na pierwsze śniadanie, rodziców
nie było już w domu, a Ascanio robił sałatkę z kurczakiem, sałatą pekińską,
kukurydzą i sosem. Położył przede mną plastikowe pudełeczko z sałatką.
-Nie jestem głodna…- zaczęłam mówić, ale przerwał nam
telefon.
JA: Słucham?- milczenie.- Halooo…???
Cisza… głuchy telefon? Wzruszyłam
ramionami i wypiłam łyk soku pomarańczowego. Rozmawiałam z bratem o wczorajszym
dniu, zachwycał się Erickiem. Mówił, że dzisiaj pokarze mu kilka aparatów i
kolekcję gitar ojca. W końcu zebraliśmy się do wyjścia, założyłam czarne
baleriny i wzięłam dużą czarną torbę z brelokiem od Cadillaca Gideona. Pół
godziny później byliśmy już pod szkołą. Ascanio nie chodził ze mną do szkoły,
ale postanowił, że będzie mnie odprowadzał
pod drzwi szkoły. Mam bardzo przystojnego brata, dlatego nie dziwiłam
się, że połowa dziewczyn przyglądała się nam.
-Nie zapominaj, możesz do mnie zadzwonić i po ciebie
przyjadę, nie przejmuj się w szkole tym co mówią, i nie odtrącaj ludzi…
-Hej Rozalindo, cześć Ascanio.- Erick przerwał bratu w pół
zdania.
-Hej Erick, widzimy się dzisiaj po szkole. Tak??- zapytał
Ascanio. Ja tylko kiwnęłam do niego głową na powitanie i schowałam oczy pod
okularami przeciwsłonecznymi.
-Oczywiście, tak sobie pomyślałem, że może… eee… Rozalinda
pojechałaby ze mną. Szkoda kłopotu skoro i tak jadę do was.
-Wiesz nie wiem czy to dobry pomył…
-W porządku Ascanio, dam radę.- powiedziałam cicho. Oczy
Ericka rozjaśniły się i natychmiast się uśmiechnął. Jeszcze kilka minut
rozmawiał z bratem, a później rozstaliśmy się. Pierwsze zajęcia jakie miałam w
tym dniu to muzyka. Chłopak zaprowadził mnie pod salę, jego ręka usilnie
próbowała dotknąć mojej, ale ja przy najmniejszym cieple jego skóry oddalałam
się jeszcze dalej, w końcu zrezygnował i powiedział, że zobaczy się ze mną na
lunchu w stołówce.
Nauczycielka muzyki, panna Korinn,
okazała się być całkiem spoko kobietą. Na początku lekcji zapowiedziała, że
chce nas poznać po muzyce, więc każdy ma coś zagrać i zaśpiewać. W
dziesięcioosobowej klasie praktycznie każdy miał inny gust, styl i wybierał
inne instrumenty. Zgłosiłam się na końcu, a właściwie zostałam wyciągnięta z
ławki pod groźbą jedynki i uwagi, oczywiście śmiała się z tego. Podeszłam do
fortepianu i zagrałam kilka nut, grałam kilka razy po wyjeździe z Anglii, ale
musiałam się rozkręcić. Zagrałam Taylor Swift - I Knew You Were Trouble,
miałam nastrój na coś nowoczesnego. Kiedy skończyłam śpiewać, nastała cisza, a
po chwili rozległy się głośne oklaski. Miła odmiana, wróciłam na miejsce i
słuchałam na temat każdego ucznia co mówiła nauczycielka, kiedy zwróciła się od
mnie powiedziała, że słyszy wiele cierpienia w moim głosie, ale i również
miłość. Tak wiele dało się wyczytać z moich słów. *****
W stołówce szkolnej roiło się od ludzi. Wszyscy ocierali się
o siebie. Starałam się nie wpadać na nikogo i na razie mi wychodziło. Zajęłam
pusty stół, gdzieś daleko w kącie Sali. Wyjęłam swoje śniadanie i zaczęłam
jeść. Po chwili dosiadł się do mnie Erick ze swoimi przyjaciółmi. Usiadł
naprzeciwko mnie, a jego przyjaciel po mojej lewej stronie.
-Cześć mała. – odezwał się do mnie.
-Hej…- odpowiedziałam niepewnie i odsunęłam się od niego.
-Miles przestań!- skarciła go niebiesko oka dziewczyna.- Nazywam
się Bianca, ten frajer koło ciebie to Miles, po mojej prawej Erick, a po prawej
Mike.
-Rozalinda. Miło mi.
-Jesteś córką dyrektora? Tak!- kiwnęłam głową do Mike.
-Ale czad, jak to jest jak tatusiek może załatwić wszystko?-
spytał Miles i cały czas przybliżając się do mnie. Deae, nie zniosę tego
dłużej.
-No wiesz… raczej normalnie. Nigdy nic nie osiągnęłam dzięki
ojcu. – powiedziałam i dalej się odsuwałam. Erick przyglądał mi się badawczo.
-Coś się stało ?- spytał.
-Nie…- przełknęłam ślinę i poczułam pieczenie w gardle. –Ale
potrzebuję nieco przestrzeni… - oddychałam szybko i starałam się nie zapominać,
jak się to robi. Zamknęłam oczy i zaczęłam nucić LONG FACE. Nagle poczułam na
swoich ramionach czyjeś ramię. Zerwałam się na równe nogi przy okazji
rozlewając sok Bianc’i na stół. Chwyciłam się za ramię i ścisnęłam je z całej
siły wbijając w nie paznokcie, wybiegłam ze stołówki, która nagle ucichła i
zwróciła się w naszą stronę. Wybiegłam przed szkołę i dopiero wtedy
zorientowałam się, że sweter zabrudzony jest krwią. W panice szukałam telefonu,
ale moje ręce tak się trzęsły, że nie mogłam nawet wybrać numeru. Po chwili
usłyszałam za sobą głos Ericka.
-Rozalinda!!!- krzyknął.-Poczekaj proszę. Przepraszam cię za
Milesa. Ogólnie cię przepraszam, nie powinienem ich ciągnąć do twojego
stolika.-tłumaczył się.
-Erick nic nie szkodzi, troszkę za bardzo… impulsywnie
zareagowałam, ale… - przerwałam. Nie! Nie chcę mu o niczym teraz mówić. Teraz?!
W ogóle! – Wybacz ale muszę odreagować.
Odwróciłam się od niego i poszłam w stronę centrum Nowego Orleanu.
*****
Kamienice wyglądały iście jak z bajki, na parterze były
sklepy, a na piętrach balkony z drewnianymi drzwiami. Z barierek wydobywały się
ciepłe czerwone kwiatuszki z bluszczem. Kilka metrów dalej był kościół, weszłam
do środka. Barokowe ołtarze z małymi aniołkami rozchodziły się po obu stronach
kaplicy, centrum stanowił ołtarz główny, ogromne złote drzewo, a na nim
przybity krzyż z Panem Jezusem, u jego stóp stała Maryja Panna i św. Jan.
Królowa aniołów mała bardzo smutną twarz, z jej błyszczących oczu wydawały się
płynąć łzy, a głowa Pana opadała na prawe ramię i otwierał usta tak jakby
chciał jej coś powiedzieć, w tej chwili, nie później, tylko teraz. W kaplicy
było kilka osób, nie chciałam przeszkadzać więc uklękłam, przeżegnałam się i
wyszłam ze świątyni. Kilkanaście metrów dalej był pchli targ. Krzątałam się
miedzy stoiskami, póki nie zaczęły mnie boleć nogi. Przysiadłam na jakieś
sofie. O Deae, jaka ona wygodna.
-30€.- zerwałam się z sofy.
-Ja przepraszam… chciałam tylko… eee... hmm… - jąkałam się.
-Odpocząć . – dokończył nieznajomy.
-Tak dokładnie, przepraszam bardzo i dziękuję za podanie
ceny, ale niestety to cudo nie będzie pasowało do mojego pokoju, ani żadnego
innego pomieszczenia.- wzruszyłam ramionami. Chłopak uśmiechnął się do mnie.
Wysoki brunet z piwnymi oczami, przyglądał mi się uważnie. Miał na sobie czarne
bojówki, czarne buty wojskowe i czarną koszulkę z nadrukiem SEMPER FIDELIS.
-Czy wszystko w porządku?- zapytał w końcu.
-Tak, a dlaczego miało być inaczej?- wskazał moje ramię
brudne od zaschniętej krwi.-Och… nie, wszystko w porządku. Otarłam się o…
-Czołg?- zapytał z troską i rozbawieniem.
-Tak, ktoś go zostawił na przejściu dla pieszych.- zaśmiałam
się, a on po mnie.
-Eee… powinienem się przedstawić. Richard Christoper Streit.-
wyciągnął do mnie rękę, a ja zamarłam. Chris… zrobiłam kilka kroków w tył. – Co
się stało?! Jesteś taka blada.
-Ja… -przełknęłam ślinę. – Nazywam. Się… - starałam się
opanować oddech.
-Może chcesz coś do picia. Jest bardzo gorąco.
-Nie! To znaczy… nie. Rozalinda Kydd.- przedstawiłam się, ale
nie podałam mu ręki.
-Hej! Jeśli chcesz możesz jeszcze posiedzieć na tym boskim
meblu.- mrugnął do mnie.- Ja mam teraz klientów, ale …
-Nie, idź. Poradzę sobie.- powiedziałam szybko i usiadłam na
sofie. Kiedy odszedł zerwałam się i poszłam w stronę mniej zatłoczonego placu.
Im dale od ludzi tym lepiej. Chris…!? O matko, Deae… pewnie wziął mnie za
kompletną idiotkę. Znalazłam telefon i zobaczyłam trzydzieści pięć połączeń
nieodebranych od Ascanio, a godzina!! 15.40, czyli co najmniej 4 godziny po
zakończeniu moich lekcji. Boję się oddzwonić teraz, ale jeśli tego nie zrobię
to jeszcze gorzej będzie w domu.
JA: Hej…
A: Gdzie ty kurwa, do jasnej cholery jesteś?! Dzwonili ze
szkoły, a później przyjechał Erick i opowiedział o wszystkim. Mówił, że cię
szukał. Kurwa… co ty sobie wyobrażasz!!!
JA: Ascanio przestań krzyczeć na mnie, nie jestem zwierzęciem
żeby trzymać mnie w klatce.
A: Gdzie jesteś, zaraz po ciebie przyjadę.
JA: Nie musisz, będę w domu przed piątą.
Rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Przeszłam się kilka
razy po pchlim targu, kupiłam stary aparat dla Ascanio i do mnie do pokoju
kilka barokowych ozdób. Szłam wzdłuż kamienicy i podjadałam ciasteczka z toffi
nucąc Fergie – Fergalicious. Przechodziłam
obok chińskiej knajpki, wewnątrz rozbrzmiewała delikatna muzyka zachodu. Weszłam
do środka wabiona dźwiękami i zapachami. W środku nie było nikogo, tylko
właściciel restauracji. Podszedł do mnie i uśmiechnął się, podał mi na tacy
ciasteczko z wróżbą. Pokręciłam głową, ale nalegał, więc wzięłam.
„ Podróż na tysiąc mil zaczyna się od
pierwszego kroku.”
Jakie to… życiowe. Właściciel zniknął za drzwiami
kuchni, żeby za chwilę pojawić się z czarnym mokrym ręcznikiem. Położył go koło
mnie i uśmiechnął się, zrozumiałam, że chodzi o moją rękę. Przetarłam ją i
jeszcze kilka minut posiedziałam w środku wsłuchując się w muzykę. Następnie wyszłam,
włączyłam telefon i zamówiłam taksówkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz