niedziela, 23 lutego 2014

PROLOG

-A teraz, piękna różo, odpowiesz nam na kilka pytań. Jeśli tego nie zrobisz, twoje katusze będą trwały w  nieskończoność. Chyba nie chcemy, żeby ta piękna buźka wyglądała nieco inaczej niż inne na ulicy?
-Nie.- odpowiedziałam cicho, nie mam już siły na nic innego.
-Zwiększ jej dawkę morfiny i zabieram się do dalszej części przesłuchania.
-Nie!!!- krzyknęłam- Proszę, nie wytrzymam dłużej. Naprawdę nie wiem gdzie on trzyma towar. Nigdy mi tego nie mówił.- szlocham. Ręce mam związane, nogi również. Wstrzykują mi do żyły narkotyki i każą zażywać jakieś środki. Deae, gdybym tylko wiedziała co mnie czeka.
-Nie pierdol!! Chodziliście ze sobą pół roku. Musiał ci dawać prochy, a w łóżku pewnie dawał ci zastrzyki.
-Przysięgam!! Nigdy nic mi nie dawał, nic mi nie mówił. To była jego praca, a ja byłam jego dziewczyną, tylko tyle.- nie przestawałam płakać.
-Chris, może ona mówi prawdę? Ona naprawdę nie wytrzyma większej ilości prochów. – powiedział chłopak stojący obok mnie. Dotykał moich pleców, nie wiem dlaczego, ale sprawiało to, że czułam się nieco bardziej bezpieczniejsza. –Zadzwońmy do niego teraz, powiedzmy, że ją mamy. Dajmy mu czas. Jeszcze kilka dni, a ją zostawmy.
-Nie!! Zapłaci za swojego chłoptasia.
-Nic nie wie. Tydzień podajemy jej morfinę i inne dragi. Nawet ja nie biorę tak często. Może mieć poważne problemy. Widziałeś jej ręce?
-Lucas skończ!!! Wiem co robię i…
-Nie wiesz!!! Ona umrze zanim zorientują się gdzie jest. Nic nie wie. Puśćmy ją.
                               Chris nie odrywał  oczu od mojej twarzy. Nie wiem co mu chodziło po głowie, ale nie było to nic dobrego. Łzy płynęły mi po policzkach. Dlaczego Gideon nie przychodzi? Czy już mu się znudziłam? Mówił, że mnie kocha. Lucas odwiązał   moje nogi, następnie ręce i pomógł mi wstać z krzesła. Ledwo trzymałam się na nogach, cały czas podtrzymywał mnie, aż w końcu wziął na ręce. Zarzuciłam ramiona na szyję i wtuliłam się w  jego szyję. Zaniósł mnie do jakiegoś pokoju i położył na łóżku. Było bardzo miękkie i wygodne, od tygodnia marzyłam o takim łóżku.
-Rozalindo podam ci morfinę, trochę złagodzi ból i pozwoli zasnąć.
-Nie. Nie. Nie błagam, wytrzymam bez tego.
-Ostatni raz obiecuję.- kładzie mi dłoń na policzku.- Spokojnie.
                               Kiwam głową , ale wiem jakie będą konsekwencje mojej decyzji. Lucas wychodzi z pokoju. Teraz, albo nigdy. Wstaję z łóżka i podchodzę do okna, opieram się o parapet i obliczam mniej więcej ile metrów jest w dół. Za dużo, mogę tego nie przeżyć, ale wolę umrzeć tak niż z ręki Chrisa. Otwieram okno i czuję zimny podmuch wiatru. Och … tak dawno tego nie czułam. Nachylam się i nagle ktoś łapie mnie za ramię i pociąga z powrotem w stronę pokoju. Nie mam już nawet siły, żeby krzyczeć. Odchylam głowę w tył i zamykam oczy. Słyszę stłumiony głos Chrisa. O nie !!! Jest na mnie zły, bardziej niż przedtem. Rzuca moim bezwładnym ciałem o ścianę i krzyczy:
-Ty dziwko, okłamujesz mnie, a teraz chcesz się zabić?! Pozwól, że cię wyręczę!- mówiąc to zaczął mnie kopać po żebrach. Widzę jego płonące oczy i nienawiść jaką obdarza mnie wraz z każdym kopnięciem. Nie… proszę, niech to się skończy. Ze ściśniętego gardła uwalnia się w końcu krzyk.

                               Czuję jak ktoś potrząsa mną i próbuje obudzić. Ten głos… znam go. To Daniel, mój ojciec, a chwilę po tym głos Eweliny, mojej mamy. To tylko sen. Cały czas śniłam. Już nigdy nie znajdę się w tym magazynie z Chrisem. Nie mieszkamy już w Londynie. Nie … już nigdy koszmar nie powróci. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz