Wbiegam na schody
prowadzące na pierwsze piętro. Pierwszy dzień w nowej szkole, w dodatku ojciec
jest tu dyrektorem. Pięknie! Jesteśmy w Nowym Orleanie już ponad dwa miesiące,
a ja nadal nie znam drogi do szkoły, mimo to, że ojciec zabierał mnie tu w
wakacje. Chwila… nie przedstawiłam się, Rozalinda „Kara” Kydd, spóźniona na lekcje plastyczną
ojca. Wcześniej chodziłam do szkoły w Londynie, rzecz jasna do szkoły
artystycznej, ale wydarzenia minionego roku szkolnego zmusiły moją rodzinę do
opuszczenia Anglii i przeniesienia się do Francji.
Mój chłopak Gideon był handlarzem narkotyków. Spotkaliśmy się
na imprezie karnawałowej w mojej szkole, on był tylko osobą towarzyszącą.
Mieliśmy wspólne zainteresowania, malarstwo portretowe, architektura itp. Kilka
tygodni później byliśmy parą. Nie rozstawaliśmy się na krok. Często wagarowałam,
ale nie brałam nigdy narkotyków. W czerwcu zostałam uprowadzona i przetrzymywana
przez innych dilerów. Byłam katowana i wręcz pojona narkotykami i kwasami. Wyszłam
z tego „cało”. Miewam ataki paniki, często zagrażające mojemu życiu. Przestaję oddychać
lub drapię się po ciele aż do krwi. Przerażam tym ludzi i czasami rodziców, ale
nie mogą nic na to poradzić.
Jestem wysoką zielonooką, białowłosą egoistyczną i przerażoną
innymi ludźmi dziewczyną. Mam bladą twarz, wręcz białą, w połączeniu z białymi
włosami wyglądam jak ściana lub mąka. Często staję się przez to pośmiewiskiem w
szkole. Włosy sięgają mi praktycznie do kolan, często chodzę ubrana w sukienki,
białe lub czarne. Dzisiaj ubrałam do szkoły białą sięgającą ponad kolano
sukienkę bez ramion, naszyjnik z małym diamencikiem (prezent od Gideona), oraz
białe baleriny ze wstążką ciągnącą się przez łydkę z kokardką w tyle. Ok, jestem na miejscu.
Otwieram delikatnie
drzwi do sali, ale w środku nie ma ojca. Na środku stoi jakiś chłopak i patrzy
na mnie jak na kosmitkę. W tyle Sali słyszę głos ojca, deae dziękuję.
-Dzień dobry przepraszam za spóźnienie panie Kydd.
-W porządku panno Kydd, proszę usiąść na miejsce.
I w tym momencie cała klasa spojrzała na mnie zza sztalug. O
nie… już malują. Ciekawe co? Siadam w najdalszym kącie Sali i przyglądam się portretom.
Po chwili podchodzi do mnie ojciec i tłumaczy zadanie. „Portret bliskiej ci osoby” oraz tytuł. Z prac tej
grupy będą robione wernisaże raz w tygodniu na szkolnym korytarzu. Pięknie, i
już wiem kogo namaluję. Szkic zajmuje mi mało czasu, znam tę twarz na pamięć. Najdrobniejszy
szczegół pozostał w mojej pamięci. Jedyne co mi po nim zostało to tylko
wspomnienia. Ogromne czarne oczy, wpatrujące się w głąb mojej duszy, długie rzęsy
i piękne brwi. Delikatny nos, ściągnięty nieco w dół. I te usta, pełne czerwone
usta, te usta które tak często mnie całowały. Zagłębiały się i bez tchu
całowały mnie dniami i nocami. Lekko ciemna karnacja podkreślająca jego oczy,
te piękne oczęta. I… najlepsze na koniec, włosy. Biorę czarną farbę i maluję
dłubie czarne linie. Zaczesane do tyłu, lekko rozczochrane od częstego
przeczesywania palcami, zwykle moimi. Patrząc na jego twarz widzi się ból i
cierpienie, tak wyglądał jak znaleźli mnie w starym magazynie. Jeszcze tylko
jeden mały szczególik, biała farba i jedna gruba linia na włosach nad prawym
okiem. Pasemko, które sama zrobiłam. I nagle przypomniałam sobie wszystkie
nasze wspólne noce kiedy spaliśmy koło siebie i czasami nawet nic nie
mówiliśmy, patrzyliśmy na siebie lub spaliśmy. Słyszę swoje imię i spoglądam na
klasę. Wszyscy patrzą na mnie. O co chodzi.
-Rozalindo pokaż nam swój obraz. Zatytułowałaś go już?
-Proszę ?! Eeee… to znaczy …. Tak „ ZAWSZE I NA ZAWSZE. MÓJ
GIDEON”.
-W porządku pokaż portret.
Odwracam obraz w stronę klasy, szmery i śmiechy cichną,
patrzą to na mnie, to na portret. Nawet ojciec zasłonił usta ręką. Nie wiem
dlaczego. Nie ładnie? O nie… tylko nie to. Wyśmieją mnie. Szybko odwracam
portret w moją stronę i uświadamiam sobie co zrobiłam. Nie narysowałam Gideona,
myślałam o nim, ale inaczej prowadziłam rękę. W moją twarz wpatrywały się niebieskie
oczy mężczyzny. Blondyn uśmiechał się szyderczo do mnie. Wszystkie moje narządy
wewnętrzne wywracają się w różne strony. Namalowałam portret … Chrisa Abbey, mojego…
o nie!!! Wywracam swoje przybory, woda i farby rozlewają się na podłogę.
*****
Po okropnym incydencie na lekcji, staram się panować nad sobą.
W stołówce szkolnej byłam już chyba legendą. Nie będę jadła z nimi. Podchodzę do
sklepiku i proszę o kawę latte. Szybko dostaję zamówienie, płacę i odchodzę w
stronę drzwi wyjściowych. Nie patrzę przed siebie, nie patrzę nikomu w twarz. Za
dużo tu ludzi, zaczynam drapać się w lewe ramię. Coraz mocniej i mocniej. I dzieje
się to, czego najbardziej się bałam. Wpadam na kogoś. Deae, dlaczego ja?? Pierwszy
dzień i już wylałam na kogoś swoją kawę. Unoszę głowę i widzę twarz chłopaka, wyraźnie
nie jest ubawiony tą sytuacją, w przeciwieństwie do swoich przyjaciół, wygląda
raczej na zatroskanego. Schyla się i podaje mi swoją smukłą dłoń. Jest chudy i bardzo wysoki, ubrany w białą
koszulę i czarne spodnie wygląda bardzo pociągająco. O nie!!! Mam na sobie
sukienkę przemoczoną kawą, w dodatku z włosów leje się chyba jego sok malinowy,
który również na mnie wylał. Pomaga mi wstać. Och… jakie ma zimne ręce, to
takie przyjemne. Jego twarz wykrzywia się w nieznaczny uśmiech, coś w stylu „OMG,
co ty jesteś? Straszydło ?!”. Piękne niebieskie oczy, jak morze Bałtyckie w Polsce,
wpatrują się we mnie, moją twarz, usta… Rysy delikatnych zmarszczek w koło jego
ust nie pozwolą mi chyba zasnąć. Deae, on dalej mnie dotyka w rękę. Sięga po
coś do kieszeni, nieruchomieję. Przypomina mi się każda chwila z Chrisem, kiedy
sięgał do kieszeni po narkotyki. Lęki powracają. O nie!!! Wyrywam mu swoją dłoń
i odpycham go od siebie. Schylam się po torbę. O nie. Nie. Nie. Nie on robi to
samo. Wyprzedzam go i szybko się prostuję. Wybiegam z jadalni i biegnę do
łazienki. Wchodzę do pierwszej kabiny, zamykam drzwi i osuwam się na podłogę. Drapię
się po ramionach, nie czuję bólu więc robię to coraz mocniej i mocniej, i mocniej… aż w końcu
czuję ból, krew spływa po moich palcach, pod paznokciami mam swoją skórę. Słyszę
piosenkę WHEN I’M GONE, to mój
telefon. Spokojnie Rozalindo, spokojnie. Szukając telefonu w torebce brudzę
krwią wszystkie kartki. Znalazłam!!! Scharlotta (wymawia się Karlotta)!!!??? Po
co dzwoni?
JA: Co się dzieje?
S: Wszystko w porządku z tobą??
JA: Nie. Mam atak.
S: Dzwoń do ojca!!! Już chyba, że ja mam to zrobić?
JA: Proszę ty zadzwoń. Jestem w łazience.
S: Ojciec za chwilę przyjdzie, zadzwoń wieczorem.
Scharlotta rozłącza się, a kilka minut później słyszę jak
drzwi otwierają się z impetem. Widzę buty mojego ojca. Podchodzi do mojej
kabiny i otwiera ją powoli. Pomaga mi wstać, ale dotyka mnie tylko w ręce. Przytulam
się do niego i zaczynam płakać. Brudzę jego koszulę moją krwią.
-Tatusiu ja…
-Ćććć… wiem nic nie mów. Zawiozę cię do domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz